,,Zjedz Łucuniu, to dietyczne” 8
,,Zjedz Łucuniu, to dietyczne”

Kalendarz, ten z łakociem w okienku na każdy dzień adwentu, ten, który dzisiaj jest znany wszystkim dzieciom, w latach sześciesiątych był wielkim rarytasem, niedostępnym w PRL-u, kolorową atrakcją, powiewem zagranicy, nieznanego, lepszego w oczach dziecka świata.

Ja poznałam go dzięki mojej siostrze Masi, dziś pani profesor UJ, wówczas studentce germanistyki, która wyjeżdżając do NRD na praktyki językowe zwoziła stamtąd rozmaite cudeńka o których się w Polsce nie śniło. A w NRD mimo, że towarzysz Willi Stoph a po nim Erich Honecker trzymali naród żelazną ręką, z rewolucyjną pieśnią krocząc ku świetlanej przyszłości bez Boga, właśnie wszelkie bożonarodzeniowe ozdoby i tradycyjne łakocie miały się bardzo dobrze.

Czekałam na ten kalendarz. Trzęsły mi się do niego łapki, był tak bardzo kolorowy, śliczny, w każdym okienku krył małą czekoladową niespodziankę… Wieszałam go nad moim biureczkiem, przysięgając sobie uroczyście, że nigdy nie zjem przedwcześnie ,,kolejnego dnia.

W chwalebnym postanowieniu trwałam jeden, długi jak grudniowe popołudnie dzień... Już nazajutrz jechałam po bandzie, za jednym podejściem wyjadając wszystko. Dla niepoznaki, z niemałym zawstydzeniem zamykałam na powrót papierowe okienka, ziejące pustką po tornado dziecięcego łakomstwa jakie przez nie przeleciało…

Kochałam słodycze i kocham je nadal. Nikt nie wie, jakie boje toczę ze soba mijając niezliczone krakowskie cukiernie... Bo dziecięcą miłość do czekolady, batoników i kupowanych w bieżanowskim sklepie pani Darowskiej, cukierków maltowych, łowickich, poduszeczek, mlecznych, w końcu wielkich kolorowych landryn trzymanych przez właścicielkę w przedwojennych, ogromnych szklanych słojach, z czasem zamieniłam na wielkie i trwałe uczucie do ciast i ciastek.

Dość wcześnie nauczyłam się piec i niestety robię to dość dobrze. To znaczy dobrze dla gości i rodziny, dla mnie samej znacznie gorzej… Bo się obżeram tym, co upiekę, co tu dużo gadać.

Od młodości zbierałam, wyłudzałam, wypraszałam przepisy, przechowuję je z największym pietyzmem do dziś i bardzo lubię z tych najstarszych właśnie korzystać.

Znakomicie piekła moja babcia, mama mojej mamy i niewątpliwie dryg do kuchni mam właśnie po niej.

Ale najwspanialsze wypieki podawała na swych przyjęciach ciocia Lena. Bardzo lubiłam ciocię i lubiłam u niej bywać. Była dzielna, wesoła i pogodna, gadatliwa, towarzyska i dobroduszna. Świetnie gotowała zaś torty w jej wykonaniu nie miały sobie równych.

Któregoś razu na zakończenie imprezy wjechał tort, jakiego nie znałam. Ascetycznie wyglądający z zewnątrz (torty Leny miały zazwyczaj bogate dekoracje z własnoręcznie przez nią smażonych owoców i zielonego arcydzięgla, mniam!) bo wykończony jedynie czekoladową wytrawną glazurą zaintrygował mnie bardzo. Kiedy skosztowałam tego nieznanego specjału na który składały się cztery rozpływające się w ustach warstwy: orzechowa, kokosowa*, czekoladowa i migdałowa zamarłam z zachwytu...Wyjątkowo nie pochłaniałam go łapczywie, lecz delektowałam się każdą nutą smaku, jaką wyczuwało się na języku.

Tort Fedora- oznajmiła uroczyście ciotka tak jakby mi to cokolwiek mówiło (dużo później dowiedziałam się kto zacz Fedora, ciekawych odsyłam do internetu, gdzie niezawodny Wujek Google cierpliwie objaśni) smakuje ci? Ciociu, to najwspanialszy tort jaki jadłam, jest boski, przepyszny, brakowało mi słów do wyrażenia zachwytu…

No, to zjedz Łucuniu jeszcze kawałek, to  ,,dietyczne, wszystko na najlepszych produktach! W to nie wątpiłam, ciocia była  ,,prywatna inicjatywa, miała swój własny sklep w którym nawet takie delicje jak migdały, kokos, kawa, za czasów socjalistycznej dystrybucji towarów można było kupić!

Byłam szczuplutka, mogłam zjeść każdą ilość słodkości. Odlatując w lepsze światy podczas konsumpcji drugiego kawałka myślałam tylko o jednym: da przepis czy nie?

Dała. Oniemiałam, gdy mi go podyktowała...

Oto dla Ciebie Miły Czytelniku początek przepisu, byś pojął co znaczył w ciocinej terminologii wyraz ,,dietyczny. Przepisu na tort, którego wykonanie każdorazowo przywołuje w jakimś sensie z Zaświatów ciocię Lenę.

Ha, non omnis moriar, prawda, łakomczuszki ;)

TORT FEDORA obiecany początek przepisu... reszta jest milczeniem

60 dg orzechów, 6o, dg migdałów, 60 dg kokosu, 68 dg masła(ponad 3 KOSTKI!!!) 3,5 szklanki cukru...mam pisać dalej?

Na załączonym zdjęciu prawie stuletnia książka kucharska autorstwa legendarnej Marii Monatowej, własność mojej rodziny  ,,od zawsze. Bo Fedora już krąży w moich myślach i kuchennej przestrzeni ;)

------------------------

*w oryginale przepisu nie ma warstwy kokosowej, to indywidualny wkład Leny w historię europejskiego cukiernictwa ;)

Komentarze do wpisu (8)

6 grudnia 2017

Mniam....Ależ smaki... Uwielbiam słodkości... A to tak smacznie zabrzmiało... Będę miała słodkie sny...

6 grudnia 2017

Wspaniały wpis Pani Łucjo. A tort Fedora to małmazja i raj na podniebieniu. Niestety też lubię słodycze ale na szczęście nie umiem piec

6 grudnia 2017

A ja z największą radością wspominam przepis Twojej mamy na kruche ciasto z wiśniami...i wiadra wiśni z Waszego sadu, które wiozłam autobusem (!)z Kluczy do Krakowa...

7 grudnia 2017

Opowieści smakiem i barwą podszyte.... Twoje teksty czyta się z wielką ciekawością i ochotą na więcej. Piękny blog okraszony barwnymi wspomnieniami z Twojego życia to piękne miejsce w wirtualnej przestrzeni a jakie prawdziwe i namacalne dla czytelnika. Czekam na dalsze wspomnienia, w których jest miejsce na Kraków i jego mieszkańców.

7 grudnia 2017

Kochane Dziewczyny, bardzo dziękuję za tak ciepłe przyjęcie mojego pisania...Trochę się obawiałam, że w dzisiejszym zagonionym świecie nikomu nie będzie się chciało czytać...a tu czytacie i komentujecie! Ach, jak mi dobrze :)

7 grudnia 2017

Obrazy, przepisy na blogu, cała osobowość pani Łucji- mnie zachwycają. Ciekawa jestem następnych wspomnień. Pozdrawiam serdecznie.

7 grudnia 2017

Ach.... Jak bliskie mi jest każde słowo w Twoim tekście....Tort Fedora.... Mam przepis na specjał w zeszycie mojej babci Zofii, ale nigdy go nie robiłam. Natomiast uwielbiam tort Fryderyka, który zawsze piekło się na 4 grudnia ( moja Mamusia Basia lubiła go najbardziej). Ojciec Stanisław zaś wolał tort abisyński, z makowych blatów z kremem kawowym.... Oba wypróbowane, ku satysfakcji domowników ( nie chwalący się).Mam nadzieję, że pewnego dnia będę miała okazję Ciebie i Bacę poczęstować tymi kulinarnymi ekscesami.

8 grudnia 2017

Łucusiu. Twoje opowieści są tak "aromatycznie " wpisane w rzeczywistość Krakowa jak Twoje obrazy. Tworzą aurę ciepła, bajkowości i wspomnień Krakowa, który jest już inny. Fajnie,że rejestrujesz wspomnienia, które nie spisane przemijają i odchodzą, a Twoje zostaną w tych opowiadaniach, a przede wszystkim w Twoich obrazach.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl