A w dzień czerwcowy w Krakowie… 14
A w dzień czerwcowy w Krakowie…

Jak zwykle spóźniona, jak zwykle z rozwianym włosem,  pędzę przez moje królewskie miasto klnąc pod nosem na własne rozmemłanie, na przeciwności losu (po cholerę ubierałam buty na obcasie?!) i na wielojęzyczny tłum przelewający się niespiesznie przez  ulice, przez które trudno się przebić w tempie szybszym niż żółwie. Pędzę tam, gdzie,,u stóp Wawelu miał ojciec pracownię”...


 

Rzecz jasna, ojciec nie mój, a Wieszcza Wyspiańskiego ;)

Pradawne pałace i kamienice wiodącej ku Rynkowi ulicy Floriańskiej patrzą na mnie z dobrodusznym politowaniem, jakby chciały powiedzieć ,,dziecko, gdzie ci tak spieszno, wszystko ma swój czas…”

Ha, łatwo im mówić, skoro tkwią na swoim miejscu pięćset lat albo dłużej, ich czas liczy się inaczej, one ciągle jeszcze mają przed sobą kolejne pięć wieków a może i więcej, czego o mnie powiedzieć się nie da.

Przyznaję im rację, mamrocząc do siebie ,,wiem, wiem, jestem tylko epizodem w waszym życiu, tyle dla was znaczę co ta horda gołębi” Ależ nie! protestuje wyłaniająca się zza Kościoła Mariackiego Szara Kamienica, tak często pojawiająca się w moich obrazach - jesteś dla nas ważna, ty nas kochasz, malując nas mówisz o nas światu, a z gołębi mamy same ,,kleksy”...

Rzucam jej pełne wdzięczności spojrzenie i łapię ostatnie dźwięki hejnału, którego urwana z nagła melodia brzmi jak swoiste ,,memento”.

 


 

Memento czy nie - na razie Bogu dzięki życie trwa!

Przed lipowym ołtarzem Mistrza Stwosza w 1982 (stan wojenny) roku braliśmy ślub, ja w skromnej sukieneczce z gufrowanego cottonu praktycznej - żeby można ją było później z kolorowymi dodatkami nosić (w sklepach z ubraniami głównie manekiny, a ja mam 23 lata i tak lubię ładnie się ubrać, sukienka dar od niemieckich przyjaciół).

Ile razy od dnia ślubu przebiegałam obok bazyliki Mariackiej? tysiące? ile tysięcy? kto by to policzył. Ile razy do niej zaglądałam, by podziękować Bogu? Ile się Go nabłagałam, nakłóciłam z Nim … Tylko On to wie.

Pora zostawić sentymenty, bo przecież się śpieszę, a jeszcze muszę kupić na Rynku kwiaty, najlepiej słoneczniki więc dając zgrabnego nura pomiędzy dorożki (jakie tam dorożki, to karoce jakich nigdy w Krakowie nie widywano, cesarskie, jak ,,we Widniu”. No dobrze, czepiam się. Turyści zachwyceni. Ja tęsknię za dryndą, Kaczarą i Gałczyńskim. Cóż, nie zawrócisz Wisły kijem...

 


 

Jeszcze tylko sforsuję żywe zasieki z gromady skośnookich wycieczkowiczów zaopatrzonych w  kije do robienia selfie i już bezpiecznie ląduję u pani Berty, u której zawsze kupuję kwiaty.

Dla siebie - do domu - na Kleparzu, ale gdy idę z wizytą - tylko u niej. Pani Berta ma zawsze świeży towar, robi piękne bukiety i jest dobrze poinformowana ,,co w mieście piszczy”. Orientuje się biegle w wydarzeniach kulturalno - towarzyskich, wie kto ma jubileusz, komu wręczają medal, gdzie wernisaż itd.

Często, gdy do niej zachodzę wystrojona, znaczy ,,gdzieś” idę woła:  Pani na jubileusz pana XY?! Na moje pełne zdumienia spojrzenie odpowiada z uśmiechem: Wszyscy dziś kwiaty dla niego kupują!

Jest miła i uprzejma, podczas układania bukietu z przyjemnością zamieniam z nią  kilka słów zanim popędzę dalej.

 


 

Spóźniona jeszcze bardziej mijam Sukiennice z kawiarnią Noworolskiego rozłożoną ogródkiem na płycie Rynku.

Boże, kiedy ja ostatnio miałam czas, by usiąść tu na kawie? Nie wiem, nie pamiętam, choć w młodości to miejsce było moim ukochanym, tu umawiałam się z koleżankami na ploteczki, tu randkowałam, tu rozsiadałam się ze wszystkimi gośćmi, którzy zjeżdżali do nas ze świata…

Czasie! Przywołuję cię do porządku! Czemu cię permanentnie brak?! Może choć jako rekompensatę oddasz mi jeden, jedyny dzień młodości?...  Nie oddasz. Wiem.

Zegar na wieży Ratusza może zna odpowiedź na to pytanie, ale i on nie ma zamiaru podejmować ze mną dialogu. Pewnie tyle razy słyszał podobne lamenty, że i moje nie robią na nim żadnego wrażenia.

Kamienne lwy, które spoczywają u stóp wieży też zdają się mieć do czasu stosunek co najmniej obojętny, w końcu odkąd je znam, jeden śpi snem kamiennym, drugi niby czuwa, ale po mojemu po prostu na chwilę się przebudził, zdumiony, że wylądował z koleżką w Krakowie, zamiast pilnować swego pałacu w Pławowicach gdzie żyli w spokoju aż do początku lat 60. XX wieku…

 


 

Jeszcze muszę wpaść na Bracką -  tu pod numerem 9 mieści się sklep, który każdy znać musi. Tu prócz artystycznych pamiątek nabyć można najpiękniejsze, najszlachetniejsze w Krakowie tkaniny obiciowe.

Nazwa ,,Brokat” zobowiązuje. Jak brokatowe szaty świadczyły w przeszłości o wyjątkowym bogactwie noszącej je osoby, tak właścicielka firmy, Halina Furmanik-Wenzel, świadczy o walorach   dobrej kupieckiej tradycji, kultury, jakości towaru, uważności nie tylko na klienta ale i na człowieka.

Ta przemiła kobieta- instytucja, handluje, radzi, pociesza, tłumaczy, informuje. Kupcowa, ,,psychoterapeuta”, przyjaciel artystów w jednym. Zaprzyjaźniłam się z nią ćwierć wieku temu i  powiem szczerze, że ludzi tak otwartych, dobrych, uczciwych, serdecznych, kochających na dodatek sztukę - ze świecą szukać.

Nie kupię u Halusi tkaniny - dziś potrzebne mi małe ceramiczne serduszko. Jeszcze minutka pogawędki, umówienie się na dłużej (znów ten cholerny czas a raczej jego brak) i w końcu ruszam już bez żadnych przystanków do celu.

 


 

Uff, wreszcie Kanonicza. Wśród krakowskich ulic królowa królowych.

Żadna inna nie ma w sobie tyle spokoju, powagi, dostojeństwa. Tyle dystansu do biegnącego toku zdarzeń. Niezmienna. Ponadczasowa. Wszystko widziała, wszystko wie. Niczemu się nie dziwi. Jedyna taka

Ostatnia kamienica po prawej - dom Jana Długosza. To właśnie tu ,,U stóp Wawelu miał ojciec pracownię”...

Ja nie dochodzę aż tam, naciskam dzwonek bramy pałacu biskupa Floriana Mokrska położonego kilka numerów wcześniej i po przeciwnej stronie.

Pochodzące z  XIV wieku, a przebudowane w  XVI architektoniczne cacko, wpierw pałac biskupi, później siedziba Jana Andrzeja Valentino, lekarza Zygmunta Starego i królowej Bony zachwyca nie tylko z zewnątrz, co bez trudu każdy może zobaczyć wędrując ku Wawelowi  ale i po przekroczeniu zamkniętej dla ciekawych oczu bramy.

 

 

Z przepastnej szerokiej sieni - (wiadomo, kareta bez trudu przezeń ma przejechać) w której zawsze dopada mnie brzydkie uczucie zazdrości  (ależ bym tu galerię urządziła :)) wychodzę na renesansowy dziedziniec, z arkadowymi loggiami, z biegnącym po ścianach fryzem wykonanym w technice sgrafitto…

Tu kończę mój bieg, zawody z czasem, tu odpocznę, a ,,nowinki’ przyniesione z domu i ,,z miasta” będą z uwagą wysłuchane. Jestem tu zawsze mile witanym gościem a i ja z największą radością tu przybywam. Do miejsca, gdzie czas czterech dobrych, pogodnych kobiet odmierzany jest pracą i modlitwą. To krakowskie ss.Sercanki, te same, które pracowały w kurii dla kardynała Wojtyły a potem papieża Jana Pawła II przez cały jego rzymski pontyfikat.

Wśród nich jest ciocia mojego męża s.Matylda, którą ja zaanektowałam całym sercem i zawsze mówię, że to MOJA ciocia :)

 


 

Po powrocie z Rzymu siostry pracowały ponownie pod słynnym adresem ,,Franciszkańska 3”, a  po przejściu gospodarza tegoż miejsca na emeryturę przeniosły się z nim pod Wawel, pracując jak to one, od świtu do nocy.

Dobiega końca przemiła, krótka u cioci wizyta (zaraz trzeba szykować kolację dla zaproszonych na wieczór kardynałów). Trzeci raz dziękuje mi za słoneczniki, które przypominają jej rodzinny dom., drobiazgi, które jej przyniosłam, i to małe serduszko z Halusinego sklepu.

Ona też, choć trudno to pojąć - nie ma czasu. Cicha, skromna, pracowita, rozumiejąca o wiele więcej niż można by myśleć, dobra kobieta, pełna poświęcenia dla innych. Pełna ufności w Boże Miłosierdzie i całkowicie pozbawiona dewocji.

Mądra kobieta, której radość sprawia opowieść o ptakach z naszego tarasu, o ,,naszej” wiewiórce. O planowanej przeze mnie wystawie.

 


 

Ten wpis miał być o Krakowie, który w dobiegającym końca czerwcu rozkwita festiwalami, świętem miasta, harcami Lajkonika, paradą smoków, Wiankami na Wiśle.

Wyszedł tekst o Czasie, którego nie ma i Mieście, które jest i które krąży w moich żyłach i bez którego nie umiałabym żyć…

I o kobietach, które nie tworząc dzieł wiekopomnych czynią to miasto, każda na swój sposób, lepszym.

I które zapewne nigdy nie znajdą się na okładkach kolorowych magazynów, a bez których to miasto nie byłoby TYM miastem…

No, po prostu musiałam o nich napisać. W końcu lajkonik była kobietą ;) ...

 

Komentarze do wpisu (14)

1 lipca 2018

Przepiękny wpis, opisała to Pani w taki sposób, że cały czas miałam wrażenie jakbym szła obok :-)

1 lipca 2018

Oj Łucjo Kochana! Twoje rozważania, na szczęście wybiegajace daleko poza sferę plastyczną i artystyczną, pomagają w cudowny sposób odczytać kraków jako miejsce, gdzie żyją różni, barwni, żywi i prawdziwi LUDZIE! Nie tylko zabytki i dzieła sztuki. Ty sama jestes kwintesencją "krakowskości", więc nie można Cię nie kochać. A swoją drogą potrafisz napisać wszystko, co pomyśli głowa, za co hołdy sie należą Twoim Rodzicom, a także autorom milionów książek,które przeczytałaś.

1 lipca 2018

Kochani, piszcie, komentujcie. Wasze opinie są dla mnie ważne!

1 lipca 2018

Pięknie napisane,i Ci ludzie,to poprostu żyje,kocham takie żywe historie.Pisz kochana,żebyśmy mieli co czytać ❤️

1 lipca 2018

W Krakowie byłam jakieś 53 lata temu i jak dotychczas specjalnie nie tęskniłam za zwiedzaniem tego miasta.Pani Pani Łucjo sprawiła,że już,natychmiast chciałbym pojechać i "chłonąć" całą sobą to co Pani opisała,te miejsca.Porozmawiać z Panią Bertą,odwiedzić Panią Halusię,a przede wszystkim zwyczajnie pozwiedzać Kraków.Proszę pisać,mój wyjazd do Krakowa to tylko marzenie,a czytanie Pani bloga to wielka przyjemność.

2 lipca 2018

Dość często bywam w Krakowie, czasami powałęsam się po pięknych jego uliczkach, czasami wpadłam na zakupy. Po tym co przeczytałam zdecydowałam wziąć przewodnika, który nie koniecznie pokaże mi każdy szczegół najważniejszy dla turysty tylko pozwoli zatopić się w kulturze i historii tego miasta i poczuć jego magię

2 lipca 2018

Bardzo ciekawa opowieść też i o moim Krakowie. Moja mama mieszkała przy ulicy św. Marka. Często biegałam do niej przez Rynek wcześnie rano i taki Kraków kocham najbardziej. Wczoraj wracając z teatru zrobiliśmy sobie z mężem wieczorny spacer. Zobaczyłam stojące pod kościołem Mariackim "karoce" podświetlone ledami i zrobiło mi się smutno. Żal coś przemija, chyba nie bardzo podoba mi się taki Kraków. Pozdrawiam i czekam na jeszcze

3 lipca 2018

kocham Krakow chociaz nigdy nie mieszkalam w tym krolewskim miescie. "przebiezka" z Pania po uliczkach Krakowa wspaniala,Dziekuje

3 lipca 2018

Dziękuję za magiczny spacer.

3 lipca 2018

Mieszkam w wielkopolsce, daleko od Krakowa, byłam w tym mieście tylko raz, ale dzięki Pani znowu go odwiedziłam. Dziękuję.

3 lipca 2018

Dziękuje Łucjo -odżyły wspomnienia.... I tylko żal, że Kraków wciąż dla mnie nie jest .... "po drodze"..... Sprawiłaś mi ogromną radość tym pisaniem. Wierzę, że niebawem tam się zjawię.......Kocham Kraków, a Ty sprawiasz, że ....jestem w nim. Pozdrawiam. :-)

4 lipca 2018

Pięknie napisany tekst..... chce się natychmiast zakładać buty i Kraków zobaczyć Twoimi oczami.

6 lipca 2018

Łucjo Twój spacer albo bieg przez Kraków sprawił ,ze jeszcze bardziej kocham to królewskie miasto,które jest magiczne,piękne ....etc .Lucjo uwielbiam Cię za to Twoje pisanie i proszę pisz pisz pisz.

14 lipca 2018

Nic dodać,nic ująć-ot magiczny Kraków

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl