Gwiezdny pył... 12
Gwiezdny pył...

Grudniowe dni mojego dzieciństwa były czasem Wielkich Łowów.  W sklepach brakowało wszystkiego, co na świątecznym stole i tak się jakimś cudem pojawiało. Wszystko trzeba było ,,zdobyć” ,,upolować” (np ciepłe gacie w Jubilacie) lub ,,załatwić”. Tata zdobywał choinkę, mama bakalie, obydwoje polowali na prezenty ,,od Aniołka”, błogosławieństwem bywały ewentualne mamine klientki (mama była architektem) kierowniczki sklepów masarskich.

Tatuś sobie tylko znanym sposobem zdobywał i przynosił do domu, z triumfalną miną godną Aleksandra Macedońskiego, puszkę szynki konserwowej marki Krakus… Z Zakopanego dzielna babcia, mama mojej mamy słała kupiony z (nielegalnego uboju) u zaprzyjaźnionej góralicy dyszek cielęcy i wielki, tłusty (brrr…) biały ser.

Siostra szwagra kierowcy mojego taty (jak ogarnąć te koligacje) pracowała w manufakturze baniek choinkowych i jako pracownica miała jakiś deputat (!) na pewną ilość ozdób do osobistego nabycia. Potem je odsprzedawała, nam również, lub wymieniała np na rodzynki albo cytrusy. (Nie wiem, czy zagląda tu ktoś z młodego pokolenia, jeśli tak, to namawiam, by o wytłumaczenie tego handlowego SF poprosił kogoś starszego)

Zaczynało się też gorączkowe pozyskiwanie słodyczy na choinkę. I chodziło nie tylko o słodycze jako takie, bowiem czekoladki, lepsze gatunki cukierków czy pralinek zapakowane w ,,sreberko” były głównym źródłem pozyskania tegoż błyszczącego surowca na wagę złota jeśli robiło się w domu (a prawie wszyscy robili) ozdoby choinkowe. Czasem można było tę kolorową, cudownie lśniącą cynfolię zdobyć gdzieś na mieście, ale była naprawdę bardzo trudnym do upolowanie rarytasem.

Dlatego ,,sreberka” zbieraliśmy dosłownie cały rok, bo gdy nadchodził grudzień biada temu, kto słodycze zeżarł a lśniące ich opakowania nieroztropnie wyrzucił!

Ja namiętnie produkowałam łańcuchy z papieru kolorowego, bibułkowe koszyczki, jakieś pajacyki z orzechów, pełne frędzlaste opakowania na cukierki, wszystkiego uczyła mnie babcia, mama taty, starsza pani której dzieciństwo przypadło na przełom XIX i XX wieku. Dość surowa, w jej czasach dzieciom nie pobłażano, przy tych robótkach ożywiała się i z widoczną radością snuła opowieści z dawno minionej epoki.

Głównym właścicielem i zarządcą sreberek był tatuś, zakochany w krakowskich szopkach! Każdego roku udoskonalał, przerabiał, ozdabiał, naprawiał nadgryzioną zębem czasu a bywało, że i mysim ;) własnoręcznie zbudowaną i udekorowaną szopkę. Kochał to przedświąteczne zajęcie, choć mama forykowała, że przed Świętami zabawa mu w głowie zamiast pomoc w kuchni. Znajdował zresztą czas na wszystko, bo kochał mamę ogromnie i zawsze we wszystkim pomagał jej ile mógł.

Godzinami, wpatrywałam się w tę szopkową robotę, wymyślałam całe historie z szopką związane, robiłam gałki  do wieżyczek, gdy podrosłam pozwolił mi wykonywać figurki. Najbardziej kochałam robić aniołki, zawsze było ich więcej niż potrzeba… Siedzieliśmy w dużym pokoju przy stole błyszczącym od cynfolii, skrzącym brokatem, (o którym długo myślałam, że to najprawdziwszy gwiezdny pył), pełnym kolorowych bibułek. Pachniał robiony przez tatę  stolarski klej a my rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie ma go już od prawie dziewiętnastu lat, a ja ciągle tęsknię za jego mądrą miłością ciepłem, dobrocią. Za tymi wspólnymi chwilami, które były jak gwiezdny pył na dziecięcym niebie, rozświetlający każdą przykrość, strach, obawę…

Moje obecne grudniowe dni w pewnym sensie są… kalką dzieciństwa. Na szczęście niczego nie muszę zdobywać i raczej mam nadmierny wybór niż na jego brak, ale i mój stół w dużym pokoju wygląda trochę tak, jak ten, przy którym tata pracował nad szopką. Szopki na stole nie ma, ale całe to lśnienie, które towarzyszyło pracy ojca, otacza mnie cały czas i to dość dosłownie, bo drobiny złotej folii osiadają na twarzy, włosach, ubraniu… I na futerku mojej ukochanej yoreczki :) i ta sama co przed laty atmosfera… Gwiezdny pył przeniesiony z dalekiego dzieciństwa.

 

Obrazki świąteczne

 

Bowiem zawsze w grudniu, praktycznie aż do samych Świąt maluję małe, zimowo-anielskie obrazki. Na pięknym granatowym papierze maluję białą akwarelą  dziesiątki wzruszających i zabawnych scen z ,,ziemskiego” życia małych anieląt, zesłanych z Nieba przed Bożym Narodzeniem. Tych motywów malowałam już chyba z osiemdziesiąt jak nie więcej.

Często słyszę pytanie skąd biorę na nie pomysł? Pytanie retoryczne, bo nie wiem skąd.  Z życia- skrzydlate maluchy jeżdżą na nartach, ślizgają się na zamarzniętej kałuży, muzykują, przyglądają się światu. Z wyobraźni, bo bez niej można zamknąć pracownię na kłódkę.  Z pasji, bo kocham tę anielską robotę. I z miłości do mojego ,,wewnętrznego dziecka”, które nieustannie cieszy się tymi obrazkami.

Po prostu biorę do ręki granatowy arkusik papieru, białą kredkę, którą wykonuję szybciutki szkic - i hulaj dusza! a raczej wyobraźnia z pędzlem pospołu. Potem zdobienia i tu wkracza wyższa szkoła jazdy, bo to nie tatusiowa srebrna cynfolia, tylko lekkie jak puch płatki folii złotniczej, złote farby i pisaki.

Ten pełen świątecznej radości cykl nosi tytuł ,,Całą noc padał śnieg”, to początek prześlicznej kolędy Mariana Hemara śpiewanej do muzyki Zbigniewa Preisnera przez Beatę Rybotycką. Mogę tej kolędy słuchać całe życie, w kółko. Mogę całe życie malować te małe zimowe obrazki.

O co nieustannie proszę Opatrzność. Ament :)

 


 ZOBACZ OBRAZKI ŚWIĄTECZNE


 

Komentarze do wpisu (12)

13 grudnia 2017

Pani Łucjo, Niedość, że Pani pięknie maluje to i pięknie opowiada. Dziękuję za te historie życiem pisane i tak pięknie opowiedziane a dzisiaj zwłaszcza za tą kolędę którą dzięki Pani poznałam. Pozdrawiam i wszystkiego dobrego życzę. M. Jodłowska

13 grudnia 2017

Uslyszalam szelest cynfolii ( nie wiedzialam, ze tak sie nazywa:)) i poczulam zapach kleju stolarskiego. I juz wiem, skad milosc do Meza cudotworcy stolarskiego:). A Anioly z obrazow Lucji fruna z zyczeniami- nie magicznymi, najprawdziwszymi, zyczliwymi, spelnianymi. Trzeba je tylko kupic za calkiem niewielkie pieniazki. Co polecam i swiadcze osobiscie. Sa cuuuudowne

14 grudnia 2017

No tak.... Pamiętam, jak pewna gospodyni z okolic Oświęcimia przyprowadziła ( na postronku!) indora w prezencie dla mojego Ojca na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Był taki ciężki- ważył chyba ze dwanaście kilo - że nie miała siły przynieść ubitego. I to nie była łapówka, to był wyraz wdzięczności dla człowieka, który o każdej porze dnia i nocy spieszył na pomoc wszelkiej zwierzynie w okolicy. A w tych dawnych czasach o zdrowie inwentarza troszczono się na wsi znacznie bardziej niż o zdrowie dzieci. Za leczenie dzieciaków dostawała moja Mama wiejski chleb, albo inne wiktuały, a do końca swoich dni była obdarowywana na imieniny grudniowe doniczką przepięknych cyklamenów od "wiernego ogrodnika". Nie było łatwo, to prawda. Ale nigdy na święta nie zabrakło tradycyjnych przysmaków. Poza tym dziękuję Ci pięknie za przypomnienie słowa "forykowała" - cudowny zabytek językowy, który w jednej sekundzie otwiera drzwi do przeszłości. A ta gwiazdka, którą trzymasz w prawej dłoni- czy to jest to, co myślę?

14 grudnia 2017

Cieszę się ogromnie, że czytacie i dokładacie swoje cegiełki do mojej opowieści. Jestem za to wdzięczna i proszę o więcej! Tym sposobem budujemy wspólnie najzwyczajniejszą historię, która równocześnie jest tak wyjątkowa,jak wyjątkowym i niepowtarzalnym jest życie każdego z nas...Na zdjęciu triumfalnie unoszę w górę wielkiej urody gwiazdkę, zrobioną przez Anię Kremiec, która wyczarowuje z papieru niezwykłej urody cudeńka, którymi nie tylko obdarowuje nas, swoich przyjaciół ale i małych pacjentów z Instytutu Pediatrii w Prokocimiu. Opowieść o indorze- baja!

15 grudnia 2017

Boże, jak ja się cieszę, że tu trafiłam. Pani opowieść to moje dzieciństwo, papierki po po czekoladkach i cukierkach, łańcuchy ze słomy specjalnie na ten cel odłożonej przy omłotach, cynfolia przywożona z Krakowa traktowana jak skarb największy (mieszkałam z Dziadkami na wsi zabitej dechami), to wyprawy do lasu po choinkę, to pomoc w budowaniu obnośnej szopki dla kolędników - zawsze przychodzili do Dziadka, żeby pomógł wyremontować i odnowić figury. To "światy" klejone razem z Babcią z opłatków... Jak to było dawno. I jaka jestem szczęśliwa, że mam takie wspomnienia. A Pani Anielątka - brak słów, bo każde wydaje się banalne. Wielkie, wielkie gratulacje.

15 grudnia 2017

Piękne te anielskie historie. Zakochana w aniołach jestem od dawna jednak nie potrafię tak pięknie malować a może poprostu nie było mi jeszcze dane odkryć tego daru anielskiego. Dziękuę za piękną historię mojego dzieciństwa i za piekne obrazki. Błogosławionych świąt w anielskim towarzystwie życzę.

15 grudnia 2017

Piękne wspomnienia okraszone gwiezdnym pyłem. Wspaniały anielski szlak, którym podążasz w swojej twórczości daje odbiorcy możliwość poczucia tej cudownej świątecznej atmosfery i czystego, dziecięcego zachwytu ....

17 grudnia 2017

Urocza i wspaniała Pani Łucjo ! Przypominamy sobie dziecięce lata , piękne wspomnienia rodzinnych swiąt w .innych , trudnych ale we wspólnym gronie spędzanych świat. Bardzo dziekujemy Pani za piękne kolorowe wspomnienia.Serdecznie Państwa pozdrawiamy i życzymy wszystkiego co najlepsze może sie w życiu jeszcze wydarzyć, życzymy dużo zdrowia i wielu, wielu wspaniałych bajkowych pomysłów.

17 grudnia 2017

Dziękuję za wszystkie miłe słowa i mam nadzieję, że będziecie mi Kochani towarzyszyć podczas moich wypraw w czas dawno miniony... I że nie zapomnicie o całkiem współczesnych wizytach w pracowni!

18 grudnia 2017

Łucjo, wspaniała Łucjo. Dziękuję za każdą Twoją magię!

22 grudnia 2017

To były czasy, gdy na choince były świeczki pełgające światełkiem, nie lampki elektryczne, co powodowało, że choinka od czasu do czasu się zapalała, ale wtedy była frajda! Ha! A ognie sztuczne pamiętacie? też czasami od nich się zapalało. Łucjo - jesteś wielka! Wszystkiego najlepszego!

12 stycznia 2018

Dziekuje za piekne obrazy i za przypomnienie tego jak bylo.To prawda byo strasznie trudno,ale bylo wspale. Nigdzie na swiecie nie ma takiego cudownego,nastrojowego Bozego Narodzenia jak w Polsce. Od 44 lat mieszkam w Kordobie,ale namistka wigili jest zawsze i przyslane oplatki.Mój maz(Hiszpan)juz sie nauczyl jak wazna jest wigilia.W przyszlym roku bedziemy na wigilie w Polsce.W tym roku dzieci mieszkajace w Warszawie byly tutaj.Pozdrawiam ,Justyna Bóbr ze slonecznej Andaluzji

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl